🏙️ Co Powiedzieć Mamie Żeby Wyjść Z Domu
Jak uciec z domu? mam tego życia w domu dość.mama- zrób to zrób tamto. tata- masz robić comatka karze. każdą wolną chwile przeznaczam na sprzątanie. a moja kumpela w wolnych chwilach chodzi sobie z rodzicami na lody.a ja charuje. macie pomysł na plan ucieczki. 9 ocen | na tak 100%.
Więc moje pytanie brzmi w jaki sposób powiedzieć o tym mamie by nie była zła lub jak uniknąć sytuacji by moja mama korzystała z mojego telefonu? To pytanie ma już najlepszą odpowiedź, jeśli znasz lepszą możesz ją dodać. 1 ocena Najlepsza odp: 100%.
Zobacz 5 odpowiedzi na pytanie: Co powiedzieć mamie żeby pozwoliła mi zostać w domu? Pytania . Wszystkie pytania; Sondy&Ankiety; Kategorie . Szkoła - zapytaj
Jak powiedzieć mamie o 2 jedynkach z angielskiego ? dostałam je dwa tyg. temu. A w czwartek zebranie ;/. Mam już 2 jedynki o których mama wie, a teraz nie śpie już od dwóch tyg. po nocach, bo się boje -,- ; /. a poprawić ich nie można. z matmy ? Jak ??
Mamy zakaz wychodzenia z domu dla niepełnoletnich. Osoby poniżej 18 roku życia mogą przebywać poza domem tylko z osobą dorosłą. To oznacza, że osoba niepełnoletnia nie może wyjść na
Kończył się pierwszy tydzień mojej pierwszej w życiu pracy i wszystko do tej pory szło jak z płatka. Z biura pędziłam na przystanek, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu i pochwalić się mamie moimi sukcesami. Szłam niemal podskakując, byłam tylko strasznie głodna. Mijałam właśnie stojak reklamujący „Pierogi jak u
Kot chce wyjść na dwór? Zajmij go zabawą. Gdy tylko zauważamy, że kot robi wszystko, aby wyjść z domu, odwróćmy jego uwagę poprzez zabawę. Nie dawajmy przysmaków. To podziała tylko na chwilę i utwierdzi futrzaka w przekonaniu, że właśnie otrzymał nagrodę za swoje zachowanie.
Oto pięć wskazówek, jak rozmawiać z fryzjerem, by każda wizyta w salonie stała się tą najlepszą. Wszystko, co powinnaś wiedzieć o komunikacji ze stylistą fryzur i jego asystentem oraz wszystko, czego nigdy nie powinnaś im mówić. Zapomnij o nieudanych cięciach, teraz będą tylko wielkie fryzjerskie SUKCESY! fot. Pop Magazine ss
Reklama. "Odebrałam synowi komórkę. Nie zdawałam sobie sprawy, co z tego wyniknie". Dla nastolatka telefon jest jak ręka, nie jest w stanie funkcjonować bez jej istnienia. Najgorszą karą jest więc odebranie przedmiotu, który nierzadko staje się całym światem. Pozbawienie dziecka telefonu, czy dostępu do internetu, jest jak
LDLj. Odp: Pogubiłam się... problem w domu, z rodziną Moja historia jest inna właśnie pod tym względem, że to ja mieszkałam u mamy. Żadnej łaski ze strony mamy w tym nie było, bo jednym z wielu obowiązków rodzica jest zapewnić swojemu dziecku dach nad głową dopóki te nie będzie pełnoletnie, i cieszę się, że chociaż z tego umiała się wywiązać. Moja mama to zdrowa, bardzo zadbana 44-letnia babka po maturze, z doświadczeniem w handlu. Od wielu lat prezentuje postawę roszczeniową, tzn. co miesiąc biega do MOPS-u po zasiłki, zapomogi, i ulgi, a do pracy wcale się nie kwapi. Za każdym razem, gdy pytam ją jak idą poszukiwania, odpowiada że wysłała masę CV i jak zwykle nikt się nie odezwał. Tłumaczy to zazwyczaj swoim wiekiem, ale równie często podpiera się tym, że "wszyscy chcą zatrudniać studentów lub osoby z orzeczeniem o niepełnosprawności, bo mają ulgi", rzadziej, że nie ma zdjęcia w CV. Ostatnią pracę straciła 4 lata temu, i wówczas ja zaczęłam zarabiać na nasze utrzymanie. Miałam wtedy 14 lat, i moje życie zamieniło się w nieprzerwany etat. Pierw szkoła, potem praca, a następnie obowiązki w domu. Przez ten okres kilku lat byłam sprzątaczką, pomocą domową i opiekunką do dzieci , kelnerką. Zarabiałam na jedzenie, na rachunki, i na jej widzimisię. Z upływem czasu moje potrzeby stały się totalnie niewidoczne, a moja mama coraz bardziej się rozkręcała. Doszło do tego, że zaczęła posuwać się do najbardziej obrzydliwych form manipulacji, np. często traciła przytomność, Tylko o dziwo zawsze ją odzyskiwała, gdy chciałam dzwonić po pogotowie. Wtedy nie analizowałam jej zachowania, bo byłam w nią ślepo zapatrzona i bezgranicznie jej ufałam. Teraz już wiem, że byłam współuzależniona, a ona bardzo sprytnie umiała to wykorzystać. Wmówiła mi, że mam tylko ją, że jak coś jej się stanie to zostanę sama, że matka jest najważniejsza, i dlatego powinnam o nią dbać. I tak sobie mdlała, a ja całymi dniami opiekowałam się nią, obdarzałam troską i współczuciem, i zawalałam szkołę. W rezultacie dziś, mając 18 lat, jestem na etapie gimnazjum. Moja poprzednia szkoła oczywiście zainteresowała się moją sprawą, i powiadomiła Sąd Rodzinny o tym, że nie uczęszczam na zajęcia, a z matką jest słaby kontakt, ale mama nawet sąd potrafiła tak urobić, że dostałam tylko kuratora, podczas gdy groził mi ośrodek opiekuńczy. Potem kręciła kuratorem jak jej się tylko podobało. Wszędzie zasłaniała się moją chorobą (przez to wszystko nabawiłam się coś w rodzaju nerwicy), robiąc przy okazji z siebie wzorową matkę. To tak w wielkim skrócie. Cały ten ambaras z mamą dobiegł końca dopiero parę tygodni Nowy Rok wyprowadziłam się z domu - wynajęliśmy z chłopakiem mieszkanie, zaadoptowaliśmy ze schroniska psa, w walentynki mieliśmy swoją pierwszą rocznicę. Jest jak w każdym innym, normalnym związku: raz pod górkę, a raz z górki, ale zawsze pchamy swój wózek razem. Czuję, że mam w nim oparcie, czyli znalazłam w nim to, czego w rodzicach nie miałam (ojciec alkoholik, aktualnie bezdomny, czemu rzecz jasna ja jestem winna). Kochamy się, i szanujemy, planujemy założenie tygodni temu powstał pomiędzy nami mały konflikt, i wracając ode mnie z pracy zajechał do mojej mamy. Moja mama oczywiście nigdy nie przepadała za moim chłopakiem. Zawsze starała się go oczernić w moich oczach, mówiła że to duże dziecko, mojej kuratorce powiedziała, że jest słabiej rozwinięty intelektualnie ode mnie i długo ten związek nie potrwa, uważała że to przez niego wyprowadziłam się z domu. Nieźle się wtedy popstrykaliśmy. Gdy wszedł do mieszkania mojej mamy, emocje jeszcze nie opadły, a mama postanowiła wykorzystać okazję. Powiedziała, że od dawna już chciała zorganizować konfrontację między nami, bo nie mogła patrzeć, jak go od dłuższego czasu okłamuję. Że wcale nie pracuję gdzie pracuję, tylko pracuję w klubie. Zamawiam mięso i wędliny, ale prostytutką nie jestem, bo inaczej bym się ubierała. Że mówiłam, że mój chłopak mi się oświadczył, ale pierścionka nie noszę, bo jest za mały. Rzekomo powiedziałam też, że nie współżyjemy, on cały czas ogląda filmy pornograficzne i się nie myje. A gdy mój chłopak powiedział, że chcę kupić auto na lato, to ona teatralnie chwyciła się za głowę, powiedziała że to się leczy, i że ona musi się mną zaopiekować. Zaznaczyła też, aby nic mi nie mówił, bo wyjadę i sobie coś zrobię (wyszło na to, że mam swój świat i skłonności do samobójstw ), że jak mi coś powie, to się pogniewa. Mój chłopak powiedział jej, że to koniec naszego związku, a ona ucieszona zaczęła się mój chłopak mi o tym opowiedział, to nie mogłam w to wszystko uwierzyć, ale znam swoją mamę, i wiem jaka jest z niej mitomanka i manipulantka. Jak sprytnie potrafi przekręcać rzeczywistość, byle by wszystko ułożyło się po jej myśli. Mój chłopak nigdy mnie nie okłamał, po drugie nie bronił się przed ewentualną konfrontacją. Spinko, uwierz mi, że kocham swoją mamę bardzo i zrobiłabym dla niej naprawdę wiele, ale to zdarzenie odsłoniło mi oczy, i nauczyło mnie, że tak jak dzieci trzeba kochać mądrze, tak też swoich rodziców trzeba kochać mądrze. Trzeba ustalić granice. Granice są dobre, pozwalają normalnie żyć. Ja podjęłam rozmowę ze swoją mamą, w której powiedziałam wszystko co gnębiło moją wątrobę od dłuższego czasu. Zakręciłam kurek z gotówką (po wyprowadzce pomagałam jej jeszcze finansowo, aby nie została z pustą lodówką). W odwecie usłyszałam kilka bardzo niemiłych słów pod adresem swoim, i swojego chłopaka. Relacje w dalszym ciągu są bardzo oziębłe, ale czuję, pierwszy raz od dawna, że postąpiłam właściwie. Jak to mówią, tonący brzytwy się chwyta. Moja mama po brzytwę chwytać nie musi, wystarczy że faktycznie przyłoży się do szukania pracy. Wierzę, że nasz kontakt kiedyś będzie zdrowo pozytywny. Spokojnie poczekam, aż poukłada swoje sprawy.
Witam, mam na imię Małgorzata, mam 29 lat. Z mężem jesteśmy 3 lata po ślubie i mamy 2,5-latnią córkę. Bardzo proszę przeczytać mój list do końca, bo byłam u psychologa, ale nie poradził mi więcej niż sama wiem. Proszę, ponieważ nie stać mnie na prywatna wizytę. Kiedy wychodziłam za mąż byłam już w ciąży. Kilka miesięcy przed ślubem zmarł mój ojciec i mój mąż był praktycznie jedyną osobą, która wtedy była przy mnie. Kilka miesięcy wcześniej rozstałam się z mężczyzną, z którym byłam 3,5 roku i dość szybko poznałam swojego obecnego męża. Wiedziałam, że nie jest aniołem i ma dość trudny charakter, jednak był całkiem inny od mojego poprzedniego mężczyzny. Po ślubie wszystko układało się w miarę dobrze. Mój mąż pracuje jako budowlaniec, często go nie ma w domu, czasem wyjeżdża na kilka dni. Ja też pracuję w systemie dniówka 12 godzin, później noc 12 godzin i mam 3 dni wolnego, więc dużo czasu spędzam w domu. Sama zajmuję się domem, rachunkami, zakupami, pomagam czasem mężowi przy gołębiach (ponieważ hoduje gołębie), karmie je albo jeżdżę po jedzenie jeśli mąż nie ma na to czasu. W opiece nad dzieckiem pomaga mi czasem mama lub babcia. Mój mąż lubi często sobie coś wypić z kolegami. Rzecz w tym, że zdarza się to z reguły wtedy, kiedy ja idę w piątek bądź sobotę na noc do pracy. Kiedy natomiast mamy oboje wolny weekend i chciałabym, żebyśmy wyszli gdzieś razem, to on wtedy nie chce, bo tłumaczy, że jest zmęczony i chce odpocząć lub po prostu mu się nie chce. Ja czuję się jakby się mnie wstydził albo po prostu wolał wychodzić sam. Nie mamy wielu znajomych, bo nigdy na nic nie ma czasu. Kiedy w tygodniu mam wolny dzień i chcę gdzieś wyjść, czy sama czy z dzieckiem, czy nawet jeśli jest ten piątek czy sobota, to wtedy moja mama mówi mi, że nie zostanie z moją córką, ponieważ mam męża więc powinniśmy wychodzić razem. Skoro jednak on wychodzi sam, to chyba ja również nie powinnam rezygnować ze swoich znajomych. Myślę, że nie robię nic złego, gdyż często wychodzę do znajomych czy koleżanek z dzieckiem, i nie robię tego kosztem czasu z mężem, bo jego i tak nie ma w domu. Nie zaniedbuję domu i swoich obowiązków, często w przypadku tych gołębi jeszcze jemu pomagam. Nawet jak byłam w 8 miesiącu ciąży to wychodziłam na strych po drabinie, żeby je nakarmić, bo nie miał kto. Mój mąż potrafił znikać na cały weekend 2-3 dni i pic gdzieś z kolegami. Zdarzało się to już w czasie jak byłam w ciąży. Kiedy byłam w szpitalu kilka dni przed i po porodzie, mój mąż urządzał sobie tygodniowe pępkowe i zapomniał nawet, że ma przyjechać po nas do szpitala. Później przez jakiś czas było dobrze. Znów zaczęły się jego wybryki i wypady z kolegami. To się dzieje z przerwami i mój mąż nie potrafi zrozumieć o co mam do niego pretensje. Kiedy próbuję mu wytłumaczyć to zawsze mówi, że ma prawo wyjść z kolegami się napić, bo haruje jak wół, więc mu się należy. Ale mnie chyba też coś się należy? Kiedy mu tłumaczę, że po prostu się o niego martwię jak go nie ma tak długo, bo skoro narzeka ciągle, że się źle czuje, jest zmęczony itd. to dziwne byłoby się nie martwic jeśli nie ma go w domu całą noc, a ja siedzę z dzieckiem i czekam. Nie chce zmienić pracy, bo mamy trochę długów w banku, a twierdzi, że gdzie indziej tyle nie zarobi, chociaż po godzinach mógłby wtedy sobie dorabiać. Z powodu jego pracy, a często jest tak, że wychodzi rano i wraca ok. 22 - 23 a często i później już sama jego obecność zaczęła mi przeszkadzać. Nie mam ochoty na seks, kiedyś mąż mógł to robić dłużej, natomiast teraz niestety nie i nie czuję się zaspokojona. Poza tym po prostu nie mam ochoty na seks z moim mężem. On uważa, że wszystkie nasze problemy są przez to, ale ja nie. Coraz bardziej się od siebie oddalamy, nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Kiedy chciałabym z nim porozmawiać o naszych problemach, czy po prostu ogólnie, to albo mówi, że mu się nie chce, bo jest zmęczony, albo nie ma na to ochoty, a jeśli już do rozmowy dochodzi, to kończy się ona kłótnią. Jeśli chcę przedstawić mu swoje argumenty albo pokazać jakąś sprawę z innej strony to mówi, że to ja zawsze muszę mieć rację. Nie kocham go już i nie chcę z nim być. Nie wiem jak mu o tym powiedzieć, bo mąż nie chce iść na terapię małżeńską ani do psychologa. Kiedy ostatnio zepsuła nam się instalacja elektryczna w domu i musieliśmy robić remont, siedziałam w pokoju i płakałam, bo wszystko było praktycznie na mojej głowie. Przyjechała teściowa i pytała co się stało. Powiedziałam jej, że nie mam już siły, że nawet nie chodzi o ten remont, te długi tylko ogólnie, że w końcu się rozwiedziemy, bo nie mamy dla siebie czasu, że męża ciągle nie ma, ja muszę wszystkim zająć się sama, że coraz bardziej się od siebie oddalamy, nie rozmawiamy ze sobą i nawet ze sobą nie śpimy. Powiedziała mi, że już mi się znudziło, że jak to rozwód, to po co on ten remont robi, że moja szwagierka też ma źle, bo jej mąż też pracuje i nie ma go w domu, a ona ma 3 dzieci, a ja to przynajmniej mam pomoc od mamy i babci z moja córką. Ale czy to jest moja wina? Czy ja jej te dzieci zrobiłam? Czy to normalne być dalej nieszczęśliwą w związku pocieszając się tym, że inni mają gorzej? Przecież nie będę przez to czuć się lepiej i nie zacznę nagle z powrotem go kochać. W rodzinie też nie mam wsparcia, chociaż mieszkamy z mamą przez ścianę i wiele razy słyszała nasze awantury, jak mąż mi ubliżał, od dziwki, szmaty i innych, bo miałam do niego pretensje, ale jakbym nie "szczekała" do niego, to by nie było sprawy. Kiedyś przy mojej matce powiedział do mnie "wypier... kur..." i kiedy powiedziałam mamie kilka dni temu, że chcę się rozwieść to usłyszałam od niej, że jestem egoistką. Wydaje mi się, że wręcz przeciwnie, bo gdyby tak było to wiele razy mąż mi ubliżał (nigdy mnie nie uderzył, ale ostatnim razem złapał mnie za twarz, no ale nie uderzył, bo dostał jakiegoś szału, że naprawdę wolałam przestać "szczekać", gdyż powiedziałam mu, że nie życzę sobie kiedy jestem w pracy, żeby szlajał się po barach i przesiadywał z jakimiś babami czy nie wiadomo z kim, a on mi odparł, że to była jego koleżanka a ja jestem pojeb... szmatą), to miałam wiele okazji, żeby mu powiedzieć, żeby się wyprowadził, bo żadna normalna kobieta by sobie nie pozwoliła na takie epitety. Za każdym razem miałam nadzieję, że coś się zmieni... Teraz może rzadziej wychodzi z kolegami, bo dłużej pracuje i po prostu nie ma to czasu. Ale zdarza mu się, a ja nie będę siedzieć cicho kiedy wróci pijany, bo nie odpowiada mi to i chcę, żeby o tym wiedział. Ostatnio też powiedział mi, że wiedziałam, jaki jest i że pewnie chce się rozwieść, bo ciągle od niedawna o tym mówię. Więc mu powiedziałam, że wolałabym tego nie robić, ale jakoś trzeba tę sytuacje rozwiązać, bo sam widzi co się dzieje. Na koniec rozmowy usłyszałam, że przeze mnie dziecko nie może się wyspać, bo jak wraca z pracy to córka nie daje mu spokoju, a ja ciągle coś mówię i że nauczyłam ją "dziadostwa" i spania z nami w łóżku. Ale on nie wstawał po 5 razy w nocy do niej kiedy było trzeba. A i kiedy mam mówić, jak po całych dniach jest w pracy? Wierzę mu, że jest zmęczony i nie dziwię się, że może nie mieć na coś ochoty, ale jak idę w piątek na noc, czy w sobotę, to już mu zmęczenie mija. Córka się do niego garnie, bo rzadko go widzi, więc za nim tęskni. Jest za mała żeby zrozumieć, że tatuś jest zmęczony. Ja rozumiem, ale też mnie to męczy, bo i tak wielokrotnie czuję się jakbym była sama. Nie dodaję mu więcej obowiązków niż ma. Nie musi sprzątać, gotować, czy wynosić śmieci. Wszystko robię sama. Nawet w niedzielę na spacer idę z małą sama, bo jemu się nie chce. Boję się mu powiedzieć, że nie chcę z nim być bo jest mi go żal. Boje się, że zacznie pić i nawet o tych cholernych gołębiach myślę, co z nimi zrobi jak się wyprowadzi, ponieważ mieszka u mnie. Wyremontowaliśmy ten dom po moim wujku razem. Boję się reakcji teściowej. Boję się, że będę musiała go spłacać, albo nie wiem co jeszcze. Nie chciałabym rozstawać się z nim w nienawiści. Boję się, że on powie "Co, źle ci jest? Daję ci pieniądze, haruje jak wół po całych dniach a tobie źle". Nie mam wsparcia nawet u mamy. Wielu znajomych, czy koleżanki, które mam rozumieją mnie lepiej niż rodzina. Wiele razy widzieli jak się zachowuje mój mąż. Nie potrafię tak żyć, chodzę smutna, nic mnie nie cieszy prócz dziecka. Cały czas myślę co mam zrobić, czy ciągnąć to dalej i być nieszczęśliwą, udawać, że wszystko w porządku, tylko po to, żeby inni byli zadowoleni? Ja wiem, że po rozwodzie jest trudno, jest mniej pieniędzy przede wszystkim. Ale jeśli będę myśleć o tych wszystkich rzeczach to będę w tym tkwić i będę nieszczęśliwa. Nie chce zdradzić męża z innym mężczyzną, bo chciałabym być uczciwa w stosunku do niego. A może to ze mną jest coś nie tak? Może to powinno tak być? Nie chcę być nerwowa, bo boję się, żeby później ewentualnie w sądzie nie obrócił ktoś tego przeciw mnie. Nie chcę też skrzywdzić męża, ale przeważnie rozwód i krzywdzenie idą ze sobą w parze. To nie jest tak, jak myśli moja babcia czy ciocia, że koleżanki mnie namawiają, ale one nie żyją ze mną, nie przebywają ze mną 24 godz na dobę, nie wiedza co czuję, że jest mi źle. Chociaż często o tym mówię, często widza jak płaczę. Mówią "nie kłóć się z nim przeproście się", ale za co ja mam go przepraszać? „Powinnaś o niego zadbać, bo tak schudł, po całych dniach go nie ma” - no właśnie jak, skoro po całych dniach go nie ma, a jak wraca to już w drzwiach widać, że jest zmęczony i od razu to zaznacza? "Powinnaś iść z nim do lekarza" - mówią - ale skoro nie chce? Wiele razy go prosiłam, żeby zrobił badania. Ale twierdzi, że będzie zdrowy dokąd nie pójdzie, bo zaraz mu coś wynajdą. A co on jest małym chłopcem, którego można wsadzić do auta w fotelik i zawieźć? Przecież jest dorosły, ma 33 lata. Już mu powiedziałam, że skoro nie myśli ani o sobie ani o mnie to niech chociaż o dziecku pomyśli. Uważam, że jestem raczej mądrą i zaradną osobą, mam własne zdanie i gdyby było mi dobrze to bez powodu nie chciałabym tego robić. To nie jest tak, że nagle mi się odwidziało, to trwało od końcówki ciąży do teraz i kiedyś musiało wybuchnąć. Myślę, że jest to spowodowane tym, że nie przebywamy ze sobą, że mąż wiele razy ubliżał mi bez powodu, a na drugi dzień chodził i się przymilał i uśmieszki - i co ja, mam być niby zadowolona i usatysfakcjonowana, że wrócił? I że przecież on mnie kocha i przeprasza, a za jakiś czas to samo? Spokój, spokój i nie wiadomo kiedy mu co do głowy strzeli. Ale mówienie do żony „ty kur...” czy co innego, nawet w nerwach - to chyba nie wypada. Raz było lepiej raz gorzej. Ale ja go już nie kocham. Lubie go, jest ojcem mojego wspaniałego dziecka. Czasem wolałabym, żeby cały czas było źle, żeby mi naubliżał i nawet uderzył, bo wtedy miałabym pretekst, żeby mu powiedzieć, żeby coś się stało, cokolwiek. Mój mąż zawsze tłumaczy wszystko nerwami. Ubliżył mi, bo ma nerwy, bo nie uprawiamy seksu, kłócimy się też z tego powodu. Ale to nie jest tak. Mój ojciec był wspaniały i dla mnie i dla mamy. Zawsze jej pomagał, zawsze można było na niego liczyć. W ogóle nie przeklinał nie wspominając już o obraźliwym słowie w strony mamy, czy mojej i brata. Dlatego tak mi przykro, że moja własna matka nie potrafi mnie zrozumieć, bo powinnam myśleć o sobie i dziecku. Chyba właśnie to robię, skoro sobie na to wszystko pozwalam. Nie wiem czy dla dziecka to lepsze, kiedy będzie większa, to będzie zauważać, że nie rozmawiamy, że jest jakieś dziwne napięcie i nerwy, że się kłócimy. Jak mam wytłumaczyć mężowi i całemu światu, że lepiej będzie dla wszystkich jeśli się rozstaniemy? W moim przypadku nic się nie zmieni, mój mąż jest uparty, o żadnej terapii nie ma mowy, bo nie chodzi nawet do lekarza rodzinnego. Powiedział, że to ja powinnam się leczyć na nerwy. Ale przecież ja nie mam ich bez powodu. Nie zacznę nagle go kochać jak kiedyś. Kiedy wychodziłam za mąż, miałam nadzieję, że zawsze będziemy razem, pewnie jak każdy kto bierze ślub. Po prostu nie chcę z nim już być. Proszę o pomoc, jak mam to zrobić, jak mu powiedzieć, jak się uwolnić? Nie chcę tak dalej żyć... Z poważaniem, Małgorzata KOBIETA, 29 LAT ponad rok temu
Czas spędzany z dzieckiem jest na wagę złota Mając w perspektywie kilka godzin spędzonych w czterech ścianach, zarówno rodzice, jak i dzieci najbardziej obawiają się nudy. Oczywiście, zawsze można włączyć bajkę, ale u wielu mam i tatusiów takie rozwiązanie powoduje lekkie wyrzuty sumienia. Racji bytu nie ma także argument, że nie znają żadnych zabaw, bo przecież sami byli kiedyś dziećmi i bawili się w chowanego, w zimno-ciepło czy głuchy telefon. Wystarczy pogrzebać w zakamarkach pamięci, przypomnieć sobie zabawy, które nigdy nie wychodzą z mody, i już wiadomo, co robić z dzieckiem w domu. Można też zajrzeć do Internetu, gdzie na wielu stronach znajdziemy mnóstwo propozycji zabaw – kreatywnych, edukujących malucha, dowcipnych, a już na pewno nie nudnych. Wspólne przeżywanie emocji, jakie rodzą się podczas zabawy, pomaga zacieśnić więzy rodzinne, uczy radości z sukcesu i pogodzenia się z porażką. Aktywnie spędzony czas pomaga maluchowi rozładować energię – nawet kaszlący czy zakatarzony kilkulatek ma jej pod dostatkiem. Co robić z chorym dzieckiem w domu? Jeśli nie jest to obłożna choroba, to to samo co ze zdrowym, pilnując jedynie, by maluch się nie spocił i by go nie zawiało. Jak zachęcić dziecko do wspólnego spędzania czasu? Aby wspólne spędzanie czasu było i dla dziecka, i dla rodziców prawdziwą przyjemnością, poświęćmy go na to, co wszyscy naprawdę lubimy robić. Czytać? Czytajmy! Rozwiązywać zagadki? Jest mnóstwo zabaw polegających na szukaniu przedmiotów czy odgadywaniu haseł. Malować i rysować? Chwyćmy za kredki i farby (wariant dla odważnych – malowanie stopą). A gdy maluchów pod naszą opieką jest więcej, co robić z dziećmi w domu? To wbrew pozorom czasem nawet łatwiejsze, bo pomoc dorosłego bywa potrzebna tylko na początku zabawy. Gdy dzieci poznają zasady, często bawią się dalej same, choć oczywiście będą szczęśliwe, gdy rodzic angażuje się przez cały czas. Nie da się dokładnie określić, ile godzin dorosły ma poświęcić zabawę z dzieckiem, by obie strony były usatysfakcjonowane. Wszystko zależy od wieku dziecka, jego temperamentu, a także od kreatywności rodzica i jego wewnętrznego luzu, postawy „chcę się bawić z moim dzieckiem”, a nie „to mój obowiązek”. Co robić z dzieckiem w domu? Pół biedy, jeśli problem dotyczy jednego dnia czy kilku, gdy z powodu choroby dziecka przebywamy na zwolnieniu lekarskim. Ale co robić z dzieckiem podczas ferii w domu? Wykorzystać co najmniej kilka naszych pomysłów, a może któryś tak spodoba się dziecku, że będzie chciało codziennie podobnie się bawić. Nasze propozycje? Oglądanie starych fotografii! Prawda, że sami lubiliście to jako dzieci? Rozrywka jest tym ciekawsza, że dziś rzadko kto robi odbitki na papierze fotograficznym, ale rodzice obecnych kilkulatków mają pewnie jeszcze swoje zdjęcia z dzieciństwa. Jeśli bawi się kilkoro dzieci, przy okazji można urządzić zawody, kto rozpozna więcej osób. Nawet babcia w innej fryzurze może wyglądać zupełnie inaczej niż dziś. Budowanie baz! Kto jako dziecko nie budował bazy? Wystarczy przykryć stół lub zestawione krzesła kocem lub narzutą, wykorzystać poduszki i w zasadzie wszystko, co podpowie nam wyobraźnia. Baza może być statkiem na morzu, wozem poszukiwaczy złota, zamkiem na szklanej górze. Bazy szczególnie dobrze funkcjonują wieczorem, kiedy za oknem jest już ciemno. Można wtedy używać latarek, co dodaje zabawie tajemniczości. Gry dla dzieci i rodziców Jeśli trudno nam samodzielnie wymyślać zabawy, warto mieć w domu kilka planszówek, które zawsze będą przydatne. Dla maluchów polecamy proste gry, np. „Skarpetki”, gdzie trzeba ułożyć je w pary, bo pomieszały się podczas prania, czy „Tutti Frutti” polegająca na połączeniu ze sobą połówek owoców. Dla nieco starszych dzieci, 6+, godna uwagi jest cała seria gier „Dzieci kontra rodzice”. Są to dwie talie kart z pytaniami: trudniejszymi dla dorosłych, łatwiejszymi dla kilkulatków. Proste gry można też zrobić samemu, jak choćby puzzle z talerzyków papierowych. Malujemy lub rysujemy na nich np. owoce i warzywa, pojazdy, kwiaty. Przecinamy talerzyki na pół (w trudniejszej wersji na cztery ćwiartki lub nawet ósemki), a zadaniem dziecka jest złożenie obrazka w całość. Aby było łatwiej to zrobić, proponujemy, aby malunki różniły się między sobą kolorami. Zabawy dla dzieci i rodziców Co robić z małym dzieckiem w domu? A gdyby tak urządzić domowy teatrzyk? Nie musimy w tym celu specjalnie kupować pacynek czy marionetek. Wystarczy kilka skarpetek, które wypchamy włóczką lub watą, ściągniemy gumką lub gumkami (żeby postać miała np. szyję i talię), doszyjemy guziki czy kawałek futerka i już mamy bohaterów dramatu. Nie martwcie się fabułą, dzieci wcale nie potrzebują skomplikowanych historii. Czasem wystarczy, by „aktorzy” przywitali się, powiedzieli, jak się nazywają, pośmiali się, zaśpiewali. Zabawą starą jak świat, ale zawsze bardzo wesołą, są kalambury. Zadaniem jednej drużyny (idealnie, jeśli w każdej jest choć jeden dorosły) jest odgadnięcie hasła (powinno ono pochodzić ze świata znanego dzieciom, niech będą to na przykład tytuły bajek lub filmów), a drugiej – pokazanie go gestami lub np. rysunkiem. Polecamy też emocjonującą zabawę detektywistyczną. Rodzice rysują mapę mieszkania i oznaczają miejsce, w którym znajduje się skarb (wcześniej go tam chowają). Wskazówki, gdzie się on znajduje, mogą być np. takie same jak w zabawie zimno-ciepło. Fascynujące dla dzieci mogą też być wszelkie zabawy kulinarne – od odgadywania smaków potraw podawanych dziecku, które ma zasłonięte oczy, po dekorowanie ciasteczek czy pizzy. Zestaw składników powinien być ograniczony, natomiast forma dekoracji absolutnie dowolna. Pozostałe aktywności Wspólny czas z dzieckiem można spędzić pracowicie, zamieniając domowe czynności w atrakcyjną zabawę. Uważacie, że już dawno powinno się zrobić porządek w koszyczku z szyciem? Maluch może ułożyć ładnie nici czy posegregować kolorami guziki (do jego rączek nie powinny się dostać jedynie igły i ostre przedmioty). A może warto rozważyć pomysł zabawy przy segregowaniu prania? Niech wasza pociecha podzieli brudne rzeczy na białe, kolorowe jasne i kolorowe ciemne, a potem wrzuca je do trzech wiader zza wyznaczonej przez was linii. Za każde trafienie – jeden punkt.
co powiedzieć mamie żeby wyjść z domu