🃏 O Czym Można Popisać Z Kolegą
Znacie Jakieś stronki gdzie można popisać z ludźmi? 2013-02-27 13:13:44; Czy jest jakaś strona, na której można pisać po angielsku z innymi ludźmi? 2013-06-22 19:30:27; Wiecie gdzie można popisać z różnymi ludźmi po polsku ? 2012-05-01 21:17:01; Wiecie czy jest jakaś strona,na której można popisać na czacie z ONE DIRECTION
Proszę o napisaniu jak najwięcej pytań co można było by się spytać a z odpowiedziami myślę że sobie poradzę :). Question from @Dawid7600 - Szkoła podstawowa - Polski O czym można napisać wywiad np. z mamą, kolegą, po prostu z taką osobą co znam w realu ?
2. Opisz swoją sytuację i zapytaj, czy ma jakieś rekomendacje. 3. Należy rozmawiać o jej zainteresowaniach i rozrywkach. 4. Można to osiągnąć, wysyłając jej e-mailem zabawny GIF, zdjęcie lub mem. 5. Wypowiedz się odpowiednio wcześnie. 6.
Zobacz 5 odpowiedzi na pytanie: O czym mogę popisać moim chłopakiem? Pytania . Wszystkie pytania; Sondy&Ankiety; Kategorie . Szkoła - zapytaj eksperta (1892)
O czym popisać z przyajcielem? Piszę z moim przyjacielem i nie mamy już o czym pisać :/ Graliśmy w pytania, gadaliśmy o życiu i nie mamy już o czym. Dajcie propozycje co możemy porobić :) Różne zabawy albo tematy C; + Dajcie ciekawe i kreatywne pytania do niego ♥
5 komentarzy do “Kolegą czy kolegom”? Informacja: nie ingerujemy w treść komentarzy, dlatego nie ponosimy odpowiedzialności za błędne porady językowe w nich zawarte. Komentarze są moderowane jedynie pod kątem związku z tematem, poprawnej ortografii i interpunkcji.
O czym pisać z nią bo już brak mi tematów? szukam na badoo stałego związku ale na początku chce popisać z nią trochę by żobaczyć czy mnie lubi. Proszę poślijcie jakieś tematy lub
Romans z kolegą z pracy – Ewentualne konsekwencje. Jeśli jednak pociąg między Wami jest zbyt silny, żeby stawiać na rozsądek – zacznijcie się spotykać. Pamiętaj jednak, że praca i miłość niekoniecznie się lubią i nie warto ich ze sobą mieszać. Spotykajcie się, a za kilka miesięcy, kiedy będziecie wiedzieć, czy to coś
O czym pisać z kolegą aby rozmowa się klejiła? 2010-06-19 14:03:40 o czym mogę popisać z kolegą którego kocham , rozmowa się już rozwinęła ale kończą mi się pomysły 2011-01-23 22:01:50
e8hN. O czym rozmawiać z koleżanką, by lepiej się poznać? Jakie tematy poruszyć, by rozmowa mogła się potoczyć swobodnie? W jaki sposób uniknąć krępującej ciszy? Mamy na to swoje sprawdzone sposoby, które przedstawiamy w 5 prostych punktach. O czym rozmawiać z koleżanką, gdy brakuje tematów?Niby nic, prosta sprawa. Rozmowa z koleżanką. Dla jednych bułka z masłem, podczas gdy dla innych trudność nie do pokonania. Nie każdy przecież ma w sobie tyle swobody i pewności siebie, żeby prowadzić konwersację bez najmniejszego spięcia. Jeśli nie wiesz, o czym rozmawiać z koleżanką, chociaż ją lubisz i czujesz, że moglibyście nawet się zaprzyjaźnić lub też, jeśli po prostu często nie wiesz, o czym rozmawiać i chcesz uniknąć krępującej ciszy, to jesteś w odpowiednim miejscu. Poniżej znajdziesz całe mnóstwo propozycji, dzięki którym już zawsze będziesz wiedzieć, o czym rozmawiać z czym rozmawiać z koleżanką, jeśli chcemy ją lepiej poznać?Bywają rozmowy „o niczym”. Mamy kilka minut przerwy, akurat czekamy na kogoś, kto zaraz przyjdzie lub też przypadkiem spotykamy się na mieście. W takich sytuacjach trudno o rozmowy, które pozwolą nam się lepiej poznać. Jeśli jednak okazuje się, że mamy przed sobą dużo wspólnego czasu, to warto wykorzystać go na lepsze poznanie drugiej osoby. O czym rozmawiać z koleżanką w takiej sytuacji? Oto kilka przykładowych pytań: Jakie jest twoje największe marzenie? Jaka jest najgorsza rzecz, jaką jadłaś w życiu? Jaka jest najlepsza rzecz, jaką jadłaś w życiu? Jaka jest najbardziej szalona rzecz, jaką zrobiłaś w życiu? Czy wygrałaś kiedyś jakąś nagrodę w konkursie albo los na loterii? Jakie masz plany na wakacje/weekend? Zobacz także: O czym rozmawiać z kolegą? Najlepsze sposoby na swobodną konwersacjęPytania typu „co by było, gdyby...?”Świetnym sposobem na to, by ożywić rozmowę i sprawić, by toczyła się bardzo swobodnie, jest zadawanie pytań typu „Co by było, gdyby...?”. Oczywiście nie trzeba układać w głowie listy pytań i zadawać ich po kolei. Poniżej podajemy tylko kilka propozycji, które mogą rozbudzić waszą wyobraźnię, a dalej rozmowa już sama się potoczy. Gdybyś mogła zabrać 5 rzeczy na bezludną wyspę, co by to było? O jakie trzy życzenia poprosiłabyś złotą rybkę, gdybyś ją spotkała? Gdybyś mogła zostać którąś z książkowych lub filmowych postaci, kto by to był? Gdybyś mogła wcielić się w dowolną osobę na świecie, kogo byś wybrała? Gdybyś mogła mieszkać w dowolnym miejscu na świecie, gdzie byś zamieszkała? Gdybyś mogła dać życie jednemu baśniowemu stworzeniu, które byś wybrała? O czym rozmawiać z koleżanką? O filmach!Nie ma chyba nikogo, kto nie lubiłby oglądać filmów. Obecnie mamy do nich tak szeroki dostęp, że z pewnością uda się znaleźć z koleżanką film lub choćby gatunek filmowy, który razem lubicie. Doskonałym pomysłem na rozmowę z koleżanką jest cofnięcie się w przeszłość i powspominanie filmów czy też bajek z dzieciństwa. To temat, który uruchomi bardzo miłe wspomnienia! W tym miejscu warto też wspomnieć o serialach. Jedno jest pewne. Jeśli się okaże, że jesteście fanami tej samej serii, to z pewnością dalszych pomysłów na to, o czym rozmawiać z koleżanką, nie powinno zabraknąć. Książki jako najlepszy temat do rozmów z koleżankąLubisz czytać książki i okazuje się, że twoja koleżanka również? To doskonale! Wymieńcie się wrażeniami z ostatnio przeczytanych pozycji. Polećcie sobie nawzajem swoje ulubione lektury (może okaże się, że to te same? Rozmowom nie będzie końca!). Spytaj, jakie książki lubi twoja koleżanka, a jakich nie lubi i dlaczego. Jakiej książki nie mogła doczytać do końca? Którą ekranizację książki uznaje za udaną, a która według niej nie dorównuje oryginałowi? I ty również opowiedz jej o swoich książkowych fascynacjach. Jeśli nie wiesz, o czym rozmawiać z koleżanką i okazuje się, że książki to wasze wspólne hobby, to masz problem z głowy!Muzyka jako doskonały temat do rozmówMuzyka to obok filmów i książek temat, który również doskonale potrafi połączyć ludzi. Zapytaj koleżankę,, co jej się podoba, czy chodzi na koncerty. Jeśli okaże się, że macie podobne zainteresowania, to nie będzie wam brakowało tematów do rozmów. A jeśli nie, to powstanie właśnie doskonała okazja do tego, by zapoznać koleżankę ze swoim muzycznym światem. A także poznać jej muzyczne fascynacje. Jeśli więc nie wiesz, o czym rozmawiać z koleżanką, zagadnij o muzykę, o której nie bez przyczyny mówi się, że łączy ludzi.
Skip to content Życie jest nieprzewidywalne Życie jest nieprzewidywalneserena662019-08-06T23:21:31+02:00 Przeglądasz 10 wpisów - od 11 do 20 (z 21) Serena wsłuchaj się w to co mówi Jakubek. Bo w mojej ocenie to jest klucz. Właściwie to możesz teraz z innymi osobami zajrzeć mu do szczęki lub wsadzić do kopuły aby prześwietlić. Na pewno coś znajdziesz! ale czy aby nie o to Ci chodzi? Według mnie najważniejsze jest na dziś to o czym mówi Jakubek a więc skonfrontowanie u siebie jakie są to uczucia. Zdefiniowanie swoich uczuć oraz zdefiniowanie tej relacji a nie skupianie się na drugiej osobie. Skupiłbym się w tym momencie na sobie i swoich uczuciach (tak jak sugeruje Jakubek) a wszystko inne bym obserwował (nie tłumaczył, nie usprawiedliwiał gdy będą wychodzić jakieś 'kwiatki' a konfrontował – jak są jakieś niespójności to warto nawet zapisywać) Po tych kilku wpisach ukazała mi się taka karykaturalna ale oddająca też prawdę scenka gdzie Serena zaciąga przyjaciela na badania po czym wychodzą słabsze wyniki wątrobowe i Serena mówi – 'yhy- słabsze wyniki na pewno chlał – mam Cię'! Tylko czy to aby nie jest prawdą, że szukasz haka? bo przecież to łatwiejsze niż zmierzenie się z tym co samemu czujesz? „Tylko co zmienia ta odpowiedź?”. Chodzi o uczciwość, jeśli to zataił to pytanie dlaczego? Może się bał, że zostanie odrzucony, może co innego. Nie wiem. O ile jest alkoholikiem to powinien to powiedzieć. Ja jestem alkoholikiem i w tej sytuacji od razu zapala mi się czerwona lampka. Kiedy „ktoś nie pije bo ma uraz do alkoholu” to musi być jakiś powód. Nie chce szukać dziury w całym ale alkoholik alkoholika raczej nie oszuka a tu mi coś nie pasuje. Jak mają coś razem budować to najlepiej od razu bez ściemy. A to, że ewentualnie chłop jest alkoholikiem to przecież absolutnie go nie przekreśla. Wiem o czym mówisz i rozumiem, ale czytając Serenę ja mam odczucie, że jednak szuka a osoby z DDA mają tą tendencję by znaleźć 'haka'. Dla przykładu ja nie jestem AA (piłem na imprezach na które później przestałem chodzić – w życiu 'upiłem się' może kilka razy – na codzień nie piłem), ale od jakiegoś czasu nie piję w ogóle i wiesz jak mówię o tym w towarzystwie to zamierają w ciszy wyczekując na 'moje uzasadnienie, usprawiedliwienie' a ja nie czuję potrzeby nikomu się tłumaczyć (zwłaszcza, że prawda jest mało wiarygodna (ale jednak prawda) – po prostu w pewnym momencie, również po rozmowach z kolegą, który jest AA stwierdziłem, że w ogóle tego nie potrzebuję – co nie oznacza, że nie napiję się nigdy- no ale kto w taką historyjkę uwierzy? a nawet jeżeli to tak jak napisałem nie czuję potrzeby by się tłumaczyć …. ale to jest tylko jedna strona medalu bo drugą jest sytuacja gdzie osoba bliska by mnie zapytała dlaczego nie piję – to wtedy bym jej wytłumaczył, że po prostu nie czuję takiej potrzeby (ale tylko raz natomiast decyzja czy mi uwierzyć czy nie należałaby do niej) …i tak samo jest w przypadku Sereny, bo tak jak pisałem w poprzednich postach (jedno nie wyklucza drugiego)… ma prawo zadawać pytania ma prawo być podejrzliwa ma prawo stawiać granicę i odmawiać gdy nagle przyjaciel 'czegoś potrzebuje' ma prawo oczekiwać odpowiedzi nie tłumaczyć i nie usprawiedliwiać gdy wychodzą 'historie' To jednak zdrowa relacja polega na tym, że wchodzimy w nią i obserwujemy a nie szukamy haków! (dzieci i osoby uzależnione są najlepszymi manipulatorami ale myślenie i założenie takie wobec wszystkich nie jest właściwą drogą – mamy to (podejrzliwość) jakby podskórnie i szukamy haków o tym trzeba pamiętać, bo to droga do sabotażu relacji) Jest to cienka granica, bo ciężko stwierdzić gdzie kończy się zaufanie a gdzie zaczyna szukanie haków jednak patrząc na schemat Sereny gdzie nie wie co czuje, nie zmierzyła się z tym, już zaczyna ją uwierać, już szuka haków zamiast być sobie w tym i obserwować siebie wzajemnie i tłumaczyć sobie, pytać i stawiać granice, słuchać, rozmawiać (tak robią osoby zakochane) natomiast osoby z DDA nie wiedzą co czują i szukają haków (przy czym ta kwestia też wymaga wyczucia aby nie popaść w drugą skrajność i nie wbijać sobie poczucia winy, wyrzutów sumienia na zasadzie 'nie zapytam bo to nie fair') „Spytałam dzisiaj swego przyjaciela o to że co taki on zatroskany o mnie a ten, że chce bym dbała o siebie.” Czy ktoś zwrócił uwagę na te słowa Sereny? Nagle najistotniejsze stało się to czy ten mężczyzna jest alkoholikiem czy nie. Jestem córką alkoholika, który przegrał w starciu z tą chorobą. Mimo wszystko nie patrzę przez pryzmat alkoholik to samo zło. Bo dla mnie jest różnica między alkoholikiem pijącym nie podejmującym żadnych kroków do walki a alkoholikiem, który zmierzył się z problemem i przestał pić. Sama mam kontakt z człowiekiem, który jak sam mówi, był na samym dnie. Podniósł się z tego dna, od ponad 30 lat nie pije. I chociaż wiem, że jest alkoholikiem, bo jest się nim do końca życia, to ja widzę w nim przede wszystkim dobrego, ciepłego człowieka. Naprawdę go podziwiam za to, że udało mu się podnieść, że trwa w trzeźwości. I dlatego, chociaż łączą nas jedynie kontakty służbowe, w takiej prywatnej rozmowie zdecydowałam mu się powiedzieć, że ja jako córka alkoholika podziwiam go za tą jego siłę. Oboje się w tedy popłakaliśmy. Bo w jego przypadku myślę, że w jakiś sposób cierpi z tego powodu, że ludzie patrzą na niego jak na alkoholika a nie po prostu jak na człowieka. Może gdyby inni ludzie nie „przyklejali” takiej łatki , ludziom zmagającym się z tą chorobą byłoby też łatwiej uporać się z problemem. Czytam to co pisze Serena, czytam też to co piszą inne osoby. I to co mi się rzuca w oczy to wieeeeelka podejrzliwość, którą także w pierwszych chwilach poczułam. Pomyślałam sobie: „kurcze dziewczyno jesteś poraniona czy aby ten człowiek nie będzie chciał Cię wykorzystać”. Ale dzisiaj przyszło mi jedno skojarzenie. Mając przed oczami jakieś tam wyobrażenie o Serenie z bolesnymi doświadczeniami i starszego mężczyzny także po przejściach, zobaczyłam jedno. Zobaczyłam w swojej głowie świetny, dawno widziany film „Leon zawodowiec”. Tam także jest pokazany związek dojrzałego mężczyzny z małą, poranioną dziewczynką. Tam także on zaczyna się nią opiekować, tam także razem śpią. I w pewnym momencie można zacząć się obawiać, że może to pójść w chorą stronę. Jednak z każdą minutą dalej człowiek dochodzi do wniosku, że to chodzi o pomoc. Tak oboje sobie wzajemnie coś dają ale oboje zyskują także to czego potrzebują. Odnosząc się do Ciebie Sereno. Może zacznij się po prostu cieszyć się tym, że masz kogoś bliskiego. Jednocześnie obserwuj siebie, czy ta relacja nie przechodzi w coś niewygodnego dla Ciebie, gdzie zaczynasz czuć się niekomfortowo. Patrz na to czy lubisz tego człowieka, czy dobrze się przy nim czujesz, czy aby poczucie wdzięczności nie zaczyna na Tobie w pewien sposób wymuszać pewnych zachowań. Pamiętaj, że poczucie wdzięczności nie może być czymś w rodzaju łańcucha. A może z czasem spójrz także czy nie zaczniesz mylić poczucia wdzięczności z miłością. Warto jest się także zastanowić kogo widzę w tym człowieku, mężczyznę czy ojca. A poza tym fajnie, że pojawił się ten człowiek w Twoim życiu, bo masz okazję do nowego doświadczenia. Czy jest to dla Ciebie przyjemne uczucie bycia zauważoną? Nie, to nie jest najważniejsze czy jest czy nie jest alkoholikiem. Chodzi tylko o zadanie prostego pytania (jeśli autorka wątku ma ochotę to zrobić oczywiście). Nic więcej. To poboczny watek. Pajac tylko autorka pyta tutaj na forum zamiast przyjaciela (pytała go odpowiedział, że nie pije ale to za mało?). Co dla mnie oznacza, że gdy jej odpowiedział, że nie pije bo ma uraz szuka dalej haków. Zauważ, że jeżeli mówi, że ma uraz (nie tłumaczę go teraz ale przyjmuję jako wariant) to znaczy, że wiąże się to z jakimś bólem a przeważnie mamy tendencje do unikania bólu przez co trzeba czasu. Po drugie powinno ją zastanowić, że skoro nie mówi to znaczy, że nie ma do niej (być może jeszcze nie ma) zaufania. (gdy nie mam do kogoś zaufania to mu nie mówię) Po trzecie gdy ktoś nie mówi to też często jest przyczyna ukrywania (ale w relacji gdzie jest zakochanie ludzie rozmawiają ze sobą, budują zaufanie, tłumaczą sobie) – więc tutaj trzeba poprzebywać ze sobą by wydać osąd, bo z góry zakładając można kogoś skrzywdzić. …ale przede wszystkim wróćmy do postu Jakubka i sugestii by najpierw Serena zmierzyła się z tym co czuje i pamiętała o tym, że szukanie haków jest czymś naturalnym dla DDA. Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 lat, temu przez 2wprzod1wtyl. A ja się przyłącze do prostoty , jawności , jasności w postach Pajaca. Bez ideologii , dziesiątek za i przeciw , rozbierania czy to hak czy zaufania brak . Być może Pajac widzi temat z innej strony bo sam alkoholikiem jest? Być może i dla mnie to proste pytanie ma znaczenie bo żyje od 14 lat z niepijącym alkoholikiem i moje doświadczenie mi mówi ze to pytanie i odpowiedz ma duże znaczenie . Nie zaglądałam zbytnio na forum ale przez inne sprawy i tak dalej nie miałam głowy do tego. Tyle co wiem to z nim jest tak, że jego brat się zapił i zginął przez to. On sam jak wypije alkohol to jego organizm reaguje tak jak na obce ciało i to zwraca. Przeglądasz 10 wpisów - od 11 do 20 (z 21) Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.
Monika Sobień-Górska - „Polscy miliarderzy” Autorka rozmawia ze znajomymi, współpracownikami miliarderów, ludźmi zarządzającymi ich PR-em osobistym oraz wizerunkiem ich firm, z architektami wnętrz. A przede wszystkim z ich żonami. Czy naprawdę żyją w domach ze złotymi klamkami, o poranku piją szampana za kilkanaście tysięcy złotych, a posiadanie nieograniczonych pieniędzy sprawia, że o nich nie myślą. Jak wielkie bogactwo wpływa na psychikę i jaka jest w końcu odpowiedź na wyświechtane pytanie „czy pieniądze dają szczęście?”. EKG 2021. Polski miliarder Rafał Brzoska: pieniądze nie są najważniejsze Jedna z rozmów zamieszczonych w książce Czekam na nią przed wejściem do parku. Nie pozwoliła do siebie dzwonić ani kontaktować się przez telefon, ale przecież z łatwością ją poznam. Kobieta, która w ciągu ostatnich trzech lat wydała w samym tylko domu handlowym Vitkac oraz w luksusowym butiku przy ulicy Moliera w Warszawie ponad milion złotych na ubrania (pokazała mi wyciągi z jej kart stałego klienta), musi się wyróżniać wyglądem. Patrzę za zegarek, wydeptuję ścieżkę przed bramą parku, zastanawiam się, czym podjedzie. – To pani? – słyszę za sobą zasapany głos. Przede mną stoi Sandra, lat czterdzieści sześć, włosy ciemny blond, twarz często widziana w gabinecie medycyny estetycznej, ale rysy twarzy zachowane, makijaż lekki, niemal niewidoczny, przebija przez niego opalenizna, nie z solarium, raczej z wakacji. Sandra ubrana jest w czarne spodnie, szary golf i cienki czarny płaszcz. Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym od kobiet, które nas mijają. No może tym, że przy ściągaczu golfu ma przypiętą dużą broszkę Chanel. – Przepraszam za spóźnienie, ale szukałam miejsca do zaparkowania – usprawiedliwiła się. Szukam wzrokiem, gdzie zaparkowała. W końcu ona pokazuje mi sama. Porsche, niebieski suv zastawia cały chodnik tuż przy skrzyżowaniu. – Najwyżej odholują – mówi Sandra. – Kierowca męża pojedzie, załatwi sprawę. Nieraz tak było. Nie chciałam, żeby pani czekała. To o czym będziemy rozmawiać? O tym jak pani żyje. Najpierw poproszę, by oddała mi pani swój telefon. (Sandra wyłącza moją komórkę i chowa ją do swojej torebki.) To dlatego nie chciała pani rozmawiać przez telefon? Nie przez telefon, nie w moim domu, nie w kawiarni. W domu mogę mieć podsłuchy, mąż robi interesy z różnymi ludźmi, to mogą być nawet służby. A kawiarniach to dziękuję, kilku moich znajomych dało się nagrać u Sowy i w najlepszym przypadku zrobili z siebie pośmiewisko, w najgorszym poszli siedzieć. Pani robi coś zakazanego? Nie, ale w świecie naprawdę dużych pieniędzy, do którego zalicza się mój mąż, a tym samym też ja, trzeba być jak mucha – mieć tysiąc oczu i rejestrować dwieście obrazów na sekundę. Zawsze może pojawić się ktoś, kto pod pozorem przyjacielskiej prośby, biznesowej oferty czy po prostu łażąc za mną, może chcieć mnie szantażować i zniszczyć. Bo na tym można dobrze zarobić. Ale zgodziła się pani ze mną spotkać. Spodobało mi się, że pisze pani książki. Chcę się dowiedzieć, jak to się robi. Może na stare lata, jak już będę miała wszystko w dupie, też coś napiszę. Dobrze, to rozmawiajmy już. Jest pani ładnie opalona. Często jeździ pani na wakacje? Cztery razy w roku. To jest często czy nie? Dwa razy zimą, dwa latem. Tyle z mężem. Oprócz tego z synem ze dwa razy, bo mąż już wtedy nie może, pracuje. No i oczywiście Sylwester, majówka, na jakieś dłuższe weekendy czasem też wyjeżdżamy. Ile kosztują wasze wakacje? Te dwutygodniowe około pół miliona złotych. Na co można wydać przez czternaście dni pół miliona? Koszt samego hotelu to jakieś siedemdziesiąt – sto tysięcy złotych. Do tego jedzenie w restauracjach, to będzie kolejne sto tysięcy. Nie jemy hamburgerów z budki przy drodze, choć ja akurat lubię czasem zjeść coś podłego, bez tej całej otoczki „ąę”. Ale kiedy jesteśmy na wakacjach, a zawsze to się odbywa w towarzystwie wpływowych znajomych, jemy te wszystkie popisowe homary, trufle, najlepsze ryby, najdroższe mięsa. Naprawdę najbogatsi ludzie w Polsce popisują się tym, że drogo jedzą? To brzmi jak opowieść z lat dziewięćdziesiątych. Wszystkim się można popisać. Zwłaszcza jeśli tak jak mój mąż, wyszło się z prostej, biednej rodziny i właśnie w latach dziewięćdziesiątych doszło do ogromnych pieniędzy, zbudowało kilka wielkich firm, odniosło sukces, dziś jest się w topie najlepiej zarabiających. Można mieć złote kible, ale mentalność pozostaje. Popisywanie się bogactwem jest typowe dla milionerów w pierwszym pokoleniu. To czym robicie wrażenie na znajomych? Na ostatnich wakacjach mąż, żeby zrobić wrażenie na kolegach, wynajął całą ekskluzywną restaurację. To było w jednym z najdroższych francuskich kurortów. Zorganizowaliśmy wspólne gotowanie. Stał nad nami szef kuchni oraz pozostali kucharze, którzy uczyli nas, jak przygotować steki z najdroższej na świecie wołowiny, przyrządzaliśmy owoce morza, jedliśmy najdroższe sery. A to wszystko było podlewane winami z limitowanych serii po kilka tysięcy złotych za butelkę. Za taką kolację zapłaciliśmy ponad sto tysięcy złotych. Mój mąż ma fantazję i lubi się dobrze bawić, a przede wszystkim robić wrażenie na innych. Twierdzi, że w ten sposób robi się grunt pod interesy. Chyba ma rację, bo w ciągu dwudziestu kilku lat dorobił się wielkiej fortuny. Wasz majątek oficjalnie wyceniany jest na około osiemset milionów złotych. On ma głowę do interesów, ale wiem, że z tego epatowania bogactwem ludzie się po cichu śmieją. A czy jak przystało na prawdziwych miliarderów macie swój samolot? My akurat nie, ale latami prywatnymi rejsami. Z wyspy na wyspę, z kraju do kraju. Ile to kosztuje? Jeden lot jakieś sześćdziesiąt tysięcy złotych. Podczas wakacji potrzebujemy czasem czterech, pięciu takich rejsów. W któreś w święta byliśmy przez półtora tygodnia na Hawajach. Bardzo fajna wyprawa. Tam wynajęliśmy helikopter, żeby zwiedzić wyspę. To jest koszt w granicach siedemdziesięciu tysięcy złotych. Ale można przez cały dzień dużo zobaczyć. Na innej wyspie archipelagu mąż zamówił prywatny pokaz tańca, który wykonywała dla nas miejscowa ludność. Takie show plus obiad przyrządzony przez prywatnego kucharza dla nas i przyjaciół kosztował ponad pięćdziesiąt tysięcy złotych. No a oprócz jedzenia trzeba doliczyć bilety lotnicze w biznes klasie, transfer z lotniska do hotelu, co w sumie daje kilkadziesiąt tysięcy. Gdzie najczęściej spędzacie wakacje? Letnie wyjazdy na jachcie, pływając od jednej egzotycznej wyspy do drugiej. Najczęściej Bahamy, Sardynia, Mykonos, płyniemy do Saint-Tropez, Monaco. To są typowe miejsca dla milionerów. Tam kupują domy, albo je wynajmują. W tych miejscach, gdzie bywamy, są sami milionerzy, bo ceny odstraszają zwykłych turystów. Samo cumowanie jachtu w marinie to koszt kilkunastu a nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych dziennie. Wynajmujecie jacht? Najpierw wynajmowaliśmy, później kupiliśmy własny. Taki porządny, pięćdziesięciometrowy. Ile kosztował? Trzydzieści milionów złotych. Aha… Samo jego utrzymanie zjada z siedem milionów rocznie. Ale to też nie było tak, że wyjęliśmy z kieszeni i kupiliśmy. Trzeba było na niego zaoszczędzić. Nie nudzi się pani siedzieć na jachcie przez bite dwa tygodnie? Jeśli pływamy ze znajomymi męża, to nudzi. Ile można słuchać o zarabianiu pieniędzy albo wnurzeń ich żon o tym, co nowego sobie kupiły i że to samo, co one, nosi Lewandowska? Pani też potrafi przepuścić w sklepie fortunę. Jestem raczej w średniej żon milionerów. Ile wydaje pani na ubrania? Na takich wakacjach jakieś trzydzieści tysięcy złotych dziennie. Ma pani niesamowitą pamięć do kwot i jest bardzo skrupulatna w liczeniu… Zachowuję też paragony. Na wypadek rozwodu? Lubię panować nad rachunkami. Bogaci liczą częściej i lepiej niż biedni. Może dlatego są bogaci? Wracając do tych trzydziestu tysięcy dziennie. Na co można tyle wydać? A gdzie ja mam kupować ubrania, jak nie za granicą? Jak wyjeżdżam, kupuję dużo, żeby mi wystarczyło na jakiś czas. Na mnie te ciuchy nie robią wrażenia, ale jestem zmuszona to kupować i to nosić. Muszę się w coś ubierać na przyjęcia biznesowe, towarzyskie, kolacje, premiery, bale. Kupiła pani kiedyś coś w sieciówce? Kupowałam, ale w tym nie chodziłam. Bałam się, że na przykład w restauracji ktoś przy stoliku obok będzie miał to samo co ja na sobie. Co by wtedy powiedział mój mąż? To by go zdenerwowało, bo on ma obsesję na punkcie naszego wizerunku. Odwaliło mu na tym punkcie, odkąd pierwszy raz pojawiliśmy się na liście „Forbesa”. Szkoda, bo to naprawdę ładne ubrania. Te lepsze brandy sieciowe mają dobre tkaniny: jedwab, kaszmir. Markowe ciuchy za kilka tysięcy złotych czasem są z poliestru, ale mają metkę i logo. I to się liczy. Co dziś ma pani na sobie? Nie widzę tu marek. Bo nie cierpię być słupem reklamowym. Noszenie drogich ubrań z bijącym po oczach logo jest wieśniactwem wśród milionerów. To tak, jak jeżdżenie Bentleyem. Prawdziwy milioner z klasą, który ma naprawdę duże pieniądze i jest kimś, jeździ wysokiej klasy Mercedesem, BMW czy Audi, a nie Bentleyem. Podobnie z ubraniami. Kto ma się na tym znać, ten się zorientuje, ile to jest warte. To ile ma pani teraz na sobie? Sweter to Versace, z tego co pamiętam kosztował niecałe siedem tysięcy złotych, jest z kaszmiru. Spodnie Bottega Veneta, pewnie za jakieś trzy tysiące i płaszcz Jil Sander, chyba za dwanaście tysięcy, ale to z zeszłego roku. Buty też Jil Sander, ale te nie więcej niż cztery tysiące kosztowały. A, no i broszka. Dostałam w prezencie od męża. Bez okazji, to Chanel, jakieś dziesięć tysięcy. Rzuca się w oczy. Nie boi się pani chodzić z taką biżuterią? Niech pani spojrzy na moją dłoń. Widzi pani ten pierścionek? To też niedawny prezent od męża. Kupił mi właśnie na wakacjach. W dowód miłości. Niech pani zgadnie, ile kosztował. Pewnie dużo. To diament i to spory. Jakieś sto tysięcy złotych? Pomyliła się pani dokładnie o milion. Pierścionek kosztował milion sto tysięcy złotych. I nie, nie boję się go nosić. Większość ludzi się nie zna i myśli, że to podróbka. Pani też się nie zorientowała, że noszę na palcu apartament w Warszawie. Poza tym gdzie i kiedy mam to nosić? Po domu mam w nim spacerować czy do trumny mają mi założyć? Dostałam teraz, to noszę teraz. Długo jesteście małżeństwem? Dwadzieścia trzy lata. Pogratulować, że po tylu latach mąż panią nadal tak kocha, skoro robi takie prezenty. Proszę pani, mój mąż mnie na swój sposób pewnie kocha. Zależy mu, żebyśmy prezentowali się jako szczęśliwa, piękna rodzina. Nie oszczędza na mnie, synowi też kupuje wszystko z najwyższej półki. Jeździmy do najdroższych kurortów na wakacje, mamy kilka wielkich posiadłości w Polsce oraz na Sardynii i we Francji. Robimy często kolacje dla znajomych, dla biznesowych partnerów męża, stawiamy tam szampana po dwanaście tysięcy złotych za butelkę. I wszystko się zgadza, wszystko gra. A że mąż od lat spotyka się z prostytutkami z Instagrama, które ogarnia mu specjalny koordynator i posługują się w SMS-ach szyfrem, nazywając te panie nazwami drinków, to chyba jest dowód, że tak do końca to on mnie nie kocha. Pani to wie na sto procent? Raz jeden tak się upił, że nie wziął ze sobą telefonu do toalety, a nigdy się z nim nie rozstaje, nawet w łazience. Tak dba o swoją prywatność. Podejrzałam wcześniej, jakie ma hasło. Z ciekawości zobaczyłam jego korespondencję z jego kolegą, którego znam od lat i zawsze był mi przedstawiany jako jego partner biznesowy. Ten kolega to koordynator schadzek z prostytutkami wyłapywanymi na Instagramie. Tam było wszystko napisane. Jak pani zareagowała? Przeczytałam, odłożyłam telefon, położyłam się spać obok męża. Dlaczego udaje pani, że nic się nie dzieje? Nie chcę zostać w kawalerce na Grochowie jak moja koleżanka. Ona wybrała prawdę, zbuntowała się, poszła z mężem milionerem na wojnę. Wynajęła detektywa, chciała udowodnić mu w sądzie zdradę. Tylko zanim ten detektyw zdążył zrobić mu z kochanką choćby jedno zdjęcie, mąż się zorientował i zakręcił jej wszystkie kurki z pieniędzmi. Zablokował karty, wyczyścił wspólne konta. Nie miała za co opłacić detektywa, adwokata, a on miał najlepszych prawników. To znany, bardzo wpływowy człowiek, ma znajomości w prokuraturze, przekupił świadków, innych zastraszył. Ostatecznie nikt nie stanął w jej obronie. I dziś jest nikim. Z czterystumetrowej willi spadła do trzydziestoczterometrowej kawalerki w marnej dzielnicy. Jadła kawior i homary, dziś je zupkę z proszku, bo nawet gotować nie umie. Zawsze miała kucharkę, sprzątaczkę, kierowcę, ogrodnika, nianię. Jak były mąż miliarder ma humor, to prześle jej czasem kilka tysięcy na życie, a jak mu się odwidzi, to nic jej nie daje miesiącami. W zeszły roku ona sprzedawała swoje ciuchy, torebki i biżuterię, bo nie miała za co kupić jedzenia. Mają jedną córkę, ale już dorosłą, mieszka w USA, czasem wyśle matce jakieś pieniądze, ale siedzi w kieszeni ojca i nie chce mu się narażać zbytnią hojnością wobec matki. On alimentów jej nie musi płacić, bo w sądzie nie udowodniła, że rozwód jest z jego winy. Ona, tak jak ja, nigdy nie pracowała, bo nie było jej wolno – żonom miliarderów, o ile nie są wyjadaczkami biznesowymi - w Polsce jest zaledwie kilka takich żon, które prowadzą z mężami ramię w ramię ich ogromne firmy – nie wypada pracować. Chyba że prowadzić jakąś fundację charytatywną, galerię sztuki, u tych biedniejszych milionerów ewentualnie wchodzi w grę własna marka kosmetyków, oczywiście ekologicznych, albo udawanie, że się projektuje modę. Ale ona do tego głowy nie miała. Jak córka była mała, to trochę ją doglądała, choć też miała sztab niań do tego. Niedawno skończyła pięćdziesiąt sześć lat i co ją czeka? Nie ma zawodu, doświadczenia, własnych pieniędzy, bo żony milionerów w większości żyją i bawią się za pieniądze męża. Myślą, że zawsze będą ich żonami i że zawsze będzie dolce vita. Szczerze mówiąc ja też tak myślę, dlatego siedzę cicho. Nie mam bogatych rodziców ani odłożonych pieniędzy za plecami męża. Wiem, że mąż uprawia seks z prostytutkami. Może nawet okresowo ma jakąś stałą kochankę, ale przymykam oko. Wiem, co się czai po drugiej stronie, ale ja nie chcę na nią przejść. Życie w bajce ma swoją cenę i ja tę cenę płacę, bo nie mam pojęcia, co bym miała ze sobą zrobić w rzeczywistości szarego Kowalskiego. Sonda Czy chciałbyś być milarderem?
o czym można popisać z kolegą